Waszyngton kontra Dolina Krzemowa [artykuł/analiza]

REKLAMA
pexels/pixabay
0
(0)

Amerykańskie giganty technologiczne unicestwiają konkurencję, wykorzystując dla zysku prywatne dane użytkowników i hamując innowacje. Jak „chłopcy z garażu” przechytrzyli waszyngtońską elitę i z apologetów wolności i innowacji stali się ich opresorami?

O tym, że konkurencja jest nieodłączną cechą zdrowej gospodarki, nie trzeba nikogo przekonywać: stwarza środowisko przyjazne rodzeniu się nowych pomysłów i przedsięwzięć, co zmusza wszystkich na rynku do oferowania lepszych produktów i usług. W latach 90. Microsoft, ówczesny bezkonkurencyjny producent komputerowych systemów operacyjnych, chciał zapewnić sobie taką samą dominację w zakresie surfowania po sieci internetowej. Gdyby Departament Sprawiedliwości nie zareagował, pozywając Microsoft za naruszenie przepisów antymonopolowych, bylibyśmy dziś skazani na używanie wyłącznie przeglądarki Explorer i wyszukiwarki Bing.

REKLAMA

 

REKLAMA

 

Internet został zaprojektowany jako sieć zdecentralizowana, a więc taka, która powinna zapewniać doskonałą konkurencję. Tymczasem prawie połowa sprzedaży online przechodzi przez Amazona, a Google i Facebook kontrolują 70 proc. ruchu w internecie, zgarniając lwią część przychodów z reklam. Technologiczna „wielka piątka” reprezentuje jedną czwartą kapitalizacji S&P 500, indeksu 500 największych spółek notowanych na nowojorskich parkietach: NYSE i Nasdaq. Z perspektywy inwestora kierującego się partykularnym interesem maksymalizacji zysku zapewne warto w te firmy inwestować. Patrząc jednak z punktu widzenia gospodarki, zarówno dominacja Big Techu nad innymi branżami, jak i oligopol w łonie samego Big Techu są szkodliwe.

Giganci Big Techu zdobyli niebezpieczne władztwo nad gospodarką, społeczeństwem i demokracją. Ich aktywność wymknęła się spod kontroli. Stany Zjednoczone przegapiły moment, w którym bez zbędnego ambarasu można było zahamować ich zaborcze zapędy. Otrzeźwienie przyszło dopiero cztery lata temu, gdy dane milionów użytkowników Facebooka zostały wykorzystane do tworzenia profili psychologicznych przez sztab wyborczy Donalda Trumpa oraz w kampanii brexitowej w Wielkiej Brytanii. Teraz, gdy pojawiła się determinacja, by odzyskać kontrolę nad sytuacją, nie ma już na to prostego sposobu.

Otrzeźwienie przyszło dopiero cztery lata temu, gdy dane milionów użytkowników Facebooka zostały wykorzystane do tworzenia profili psychologicznych przez sztab wyborczy Donalda Trumpa.

Konkurenci? Nic prostszego: „kup i zabij”

Firmy technologiczne, z których każda na początku swego istnienia skupiała się na określonym segmencie IT, stopniowo wychodziły poza ten podstawowy zakres działalności. Dla Microsoftu, kojarzonego przede wszystkim z oprogramowaniem do komputerów stacjonarnych, potężnym źródłem przychodów stało się przetwarzanie danych w chmurze. Amazon, pierwotnie platforma sprzedaży detalicznej, również zaczął świadczyć usługi w chmurze obliczeniowej, a ponadto produkować i sprzedawać artykuły sygnowane własną marką. Apple przeciera sobie szlaki w sektorze płatności elektronicznych poprzez aplikację Apple Pay i – dzięki partnerstwu z bankiem Goldman Sachs – kartę kredytową Apple. Google i Facebook dyskontują ruch, jedno w przeglądarce, drugie na platformie społecznościowej, czerpiąc gigantyczne przychody z reklam. Obie spółki eksplorują też segmenty finansowe: Facebook Pay, który obsługuje płatności za pośrednictwem kart kredytowych i fintechów, takich jak PayPal czy Stripe. Google natomiast oferuje konta bankowe, których operatorem jest bank Citi.

REKLAMA

 

REKLAMA

 

Poszerzanie zasięgu i siły przez giganty technologiczne było możliwe dzięki duszeniu konkurencji w zarodku. W latach 2001–2019 Facebook przejął 90 firm, a Google – 270. Giganci Big Techu wypatrują innowacyjne startupy, które w przyszłości mogłyby stanowić dla nich zagrożenie, przejmują je, wysysają know-how i wypluwają zbędną resztę. Jak drapieżniki pożerające pisklęta, zanim te zdążą dorosnąć i rozwinąć skrzydła. I mogą gratulować sobie, że pieką nie dwie, a trzy pieczenie na jednym ogniu: wkraczają w nowe a perspektywiczne segmenty rynku (najczęściej związane ze sztuczną inteligencją), pozbywają się konkurencji i łowią inżynierskie talenty.

W 2014 r. Facebook kupił WhatsApp (komunikator) i Oculus (producent gogli do rzeczywistości wirtualnej), Google – Nest Labs (producent inteligentnych sensorów), Apple – Beats (producent słuchawek), Amazon Twitch (platforma streamingowa), a Microsoft – Minecraft (gra wideo). W drugiej połowie zeszłej dekady szaleństwo zakupowe osłabło. Transakcje o wartości ponad 1 mld dolarów można policzyć na palcach jednej ręki. Google kupił Lookera (oprogramowanie do analizy danych w chmurze) za 2,6 mld dolarów i smartfonowy segment koncernu HTC (1,1 mld dolarów). Microsoft nabył serwis hostingowy GitHub (8,4 mld dolarów) i LinkedIn (27 mld dolarów), a także dostawców sprzętu telekomunikacyjnego 5G: Affirmed Networks (1,35 mld dolarów) i Metaswitch Networks (270 mln dolarów). Wreszcie Amazon przejął sieć sklepów ze zdrową żywnością Whole Foods Market (13,2 mld dolarów). W ubiegłym roku FAMAG łącznie wydały na akwizycje zaledwie 7,2 mld dolarów, o połowę mniej niż w poprzednich dwóch latach i radykalnie mniej niż w 2016 r.

Słabszy apetyt Big Techu wcale nie cieszy, ponieważ nieudolne egzekwowanie prawa konkurencji doprowadziło do ograniczenia innowacji w sektorze technologii, co też tłumaczy spadek liczby akwizycji. Inwestorzy reprezentujący venture capital coraz częściej wahają się, czy finansować start-upy, skoro te rzadko „dożywają” dojrzałości. Od 2012 r. statystyki pierwszych rund finansowania start-upów technologicznych spadły o blisko ¼. A ponieważ na rynek wchodzi mniej debiutantów, to istniejące podmioty nie muszą starać się z nimi konkurować w kluczowych obszarach, takich jak ochrona prywatności użytkowników.

Nowa generacja „zbyt wielkich, by upaść”

Do jakiego stopnia Big Tech uzależnił społeczeństwo od swoich usług (a może społeczeństwo uzależniło się od niego?) – pokazał kryzys COVID-19. Platformy, aplikacje i inne e-usługi tak wrosły w życie codzienne, że nie sposób wyobrazić sobie jakiejkolwiek przerwy w ich dostępności. Ewoluująca rola Big Techu może wynieść giganty cyfrowe do rangi przedsiębiorstw użyteczności publicznej. Mielibyśmy wówczas do czynienia z nową generacją firm „zbyt wielkich, by upaść”, czyli takich, które z powodu systemowego charakteru ich działalności rządy po prostu muszą ratować w obliczu kryzysu. Oto jeszcze jeden powód, dla którego konkurencja jest arcyważna.

Ewoluująca rola Big Techu może wynieść giganty cyfrowe do rangi przedsiębiorstw użyteczności publicznej.

Megakorporacje mają tendencję do popadania w samozadowolenie, gdy ich usługi stają się tak niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa i reprezentują tak istotną część rynku kapitałowego, że chroni je swoista rządowa polisa ubezpieczeniowa. Wszyscy pamiętamy casus francuskich banków – wierzycieli Grecji, które trzeba było oddłużać z pieniędzy podatników. Oczywiście sektor technologiczny to zupełnie inna kategoria aktywów i inne strumienie dochodów. „Inne” nie znaczy bezpieczniejsze, bo aktywa cyfrowe z jednej strony pozwalają błyskawicznie budować skalę, a z drugiej strony, w razie załamania się popytu na daną usługę, gubią skalę. To oznacza, że mogą stracić wartość równie szybko, jak ją zdobyły.

Teoretycznie zagrożenie ogranicza się do startupów, a więc przedsięwzięć, które dopiero przebijają się na rynku. Historia uczy jednak, że trzeba brać pod uwagę nawet to, co w danej chwili wydaje się niemożliwe. Kto na przełomie wieków dopuszczał myśl, że takie kolosy jak bank Lehman Brothers i koncern General Motors mogą upaść? Demonopolizacja jest niezbędna, aby chronić: rynek przed zastojem wynikającym z braku konkurencji, konsumentów przed skazaniem na jednego dostawcę i jego warunki i wreszcie rządy przed szantażem – „rekapitalizacja albo rewolta”.

Oceń publikację

Kliknij na gwiazdkę aby zagłosować

Średnia ocena 0 / 5. Liczba oddanych głosów 0

Nikt jeszcze nie głosował. Bądź pierwszy...

Ponieważ uznałeś ten post za przydatny...

Podążaj za nami...