Uprawnienia do emisji CO2 mogą okazać się równie niebezpieczne jak bitcoin

REKLAMA
// pixabay
0
(0)

Maksymalna ilość uprawnień do emisji CO2 systematycznie maleje, dlatego pod pewnymi względami może być porównywana z bitcoinem. Cena uprawnień może gwałtownie eksplodować, co byłoby bardzo niebezpieczne dla polskiego przemysłu.

– Uprawnienia te są bardzo specyficznym instrumentem finansowym, ponieważ nie ma zastępujących je substytutu dla prowadzących działalność produkcyjną – mówi w rozmowie Marek Lachowicz, ekonomista, autor raportu „EU ETS a bańki cenowe”.



Europejskie uprawnienia do emisji CO2 (ETS), od momentu wprowadzenia w 2005 r. stały się jednym  z najważniejszych elementów polityki klimatycznej prowadzonej na terenie Unii Europejskiej.  Uprawnienia przydzielane są częściowo bezpłatnie instalacjom funkcjonującym w ramach systemu EU  ETS, jednakże nie wszystkie mogą z nich skorzystać.

Przedsiębiorstwa nieobjęte bezpłatnymi  przydziałami uprawnień do emisji oraz te, których potrzeby wykraczają poza wielkość przydziału,  zmuszone są kupować uprawnienia na rynku pierwotnym, gdzie sprzedawcami są państwa  członkowskie, a handel odbywa się w drodze aukcji lub wtórnym, tj. na giełdzie albo rynku finansowym  pozagiełdowym. Dopuszczalne są także umowy kupna-sprzedaży pomiędzy instalacjami działającymi w  obrębie EU ETS. Ideą systemu było umożliwienie instalacjom objętym bezpłatnym przydziałem  uprawnień, odsprzedanie ich tym, które wykazywały ich niedobór. Otwartość rynków finansowych  pozwoliła jednak włączyć się w handel EU ETS inwestorom.

W związku z tym podmioty  zaangażowane w handel uprawnieniami w ramach EU ETS podzielić można na: potrzebujące  (sprzedające) w wyniku specyfiki prowadzonego biznesu oraz pozostałe, które działają na własny  rachunek. Wiąże się z tym fundamentalna różnica w postrzeganiu EU ETS. Inwestorzy ETS traktują uprawnienia do emisji jak instrument europejskiego rynku finansowego.   

– Inwestorów ETS nie można utożsamiać ze spekulantami, ci stanowią bowiem  jedynie ich część – wyjaśnia M.Lachowicz.

Graczy giełdowych, w tym inwestorów ETS, można podzielić na: 

• arbitrażystów, wyszukujących różnic cenowych na rynkach; 

• hedgerów, stosujących kombinacje instrumentów do zminimalizowania wahań cen;

• spekulantów, upatrujących zarobku w różnicach kursowych. 

Uzasadnione jest założenie, że, krótkookresowo, popyt na EUA jest  stosunkowo nieelastyczny, a podaż ograniczona. Po osiągnięciu maksymalnego nasycenia, rynek nie jest w stanie wytworzyć nowych  uprawnień do emisji, zatem kolejne przesunięcie krzywej popytu powoduje wyłącznie gwałtowny  wzrost ceny.

– Z tych powodów cena ETS-ów rośnie relatywnie spokojnie, natomiast po osiągnieciu poziomu krytycznego może gwałtownie eksplodować – mówi M.Lachowicz.

Maksymalna ilość uprawnień do emisji CO2 systematycznie maleje, dlatego pod pewnymi względami może być porównywana z bitcoinem, gdzie również teoretycznie jest ich maksymalna liczba, tyle że można ich „wykopać” więcej przy zaangażowaniu większych środków, a tego już nie można zrobić w przypadku ETS-ów.

 

Źródło: MarketNews24

Oceń publikację

Kliknij na gwiazdkę aby zagłosować

Średnia ocena 0 / 5. Liczba oddanych głosów 0

Nikt jeszcze nie głosował. Bądź pierwszy...

Ponieważ uznałeś ten post za przydatny...

Podążaj za nami...